Pierwszy tydzień maja zapowiada się na rynkach finansowych naprawdę gorąco. I to z kilku niezależnych od siebie powodów. Od danych makro, przez wyniki spółek, odmrażanie gospodarek, a na wielkiej polityce kończąc.

Od poniedziałku do piątku 148 firm z indeksu S&P500 opublikuje wyniki kwartalne. Z dotychczas zaraportowanych wyników wychodzi, że w I kwartale zyski spółek spadły o 13,7 proc. rok do roku. I to nie jest jeszcze najgorsza wiadomość. Dużo gorsza jest ta, że spadek zysków oczekiwany jest w kolejnych kwartałach tego roku. I tak w II kwartale prognozuje się, że spadną one o 36,7 proc., w II kwartale o o 20,1 proc., a w czwartym o 9,4 proc. Stąd też teraz, gdy 12-miesięczny wskaźnik cena/zysk (P/E) dla akcji z indeksu S&P500 wynosi 20 i jest najwyższy od kwietnia 2002 roku, kupno akcji jest wątpliwą strategią.

Raporty kwartalne będą też publikowały spółki z GPW (m.in. Alior Bank, PKN Orlen, ING Bank Śląski), co może mieć lokalny wpływ na nastroje przy ulicy Książęcej. Aczkolwiek te w głównej mierze będą determinowane przez rynki globalne.

Cały czas trzeba też pamiętać, że teoretycznie w najbliższą niedzielę (10 maja) w Polsce odbędą się wybory prezydenckie, co równie teoretycznie mogłoby mieć wpływ na wycenę rodzimych aktywów. W praktyce mamy ogromny bałagan, a wybory prawdopodobnie zostaną przesunięte.

Ten tydzień będzie niezwykle bogaty jeżeli chodzi o publikacje danych makroekonomicznych. Jak zawsze na początku każdego miesiąca, rozpocznie się on od publikacji indeksów PMI dla przemysłu i usług, a skończy comiesięcznymi danymi z amerykańskiego rynku pracy. Te ostatnie mają wg prognoz pokazać spadek zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA o 21 mln osób i skok stopy bezrobocia w kwietniu z 4,4 proc. do 16 proc.

Po drodze zostaną jeszcze opublikowane tygodniowe dane o wnioskach dla bezrobotnych i raport ADP nt. zatrudnienia w USA, a także chińskie dane o bilansie handlu zagranicznego za kwiecień. Można to wszystko jeszcze uzupełnić o posiedzenia Banku Anglii oraz Banku Rezerw Australii, serię danych z Niemiec, czy dane z rynku pracy w Nowej Zelandii. Tak naprawdę jednak, dane z amerykańskiego rynku pracy będą najbardziej się liczyć. I nie tylko z uwagi na skalę bezrobocia. Tylko z uwagi na… politykę.

Polityka to obecnie to, co stanowi dla rynków największe ryzyko. Prezydent Donald Trump traci w sondażach przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Recesja i rosnące bezrobocie mu nie pomoże. Jest oczywistym, że musi znaleźć winnego tej sytuacji. Najprościej więc wrócić do starego konfliktu z Chinami, obarczając je winną za pandemię koronawirusa. Dlatego na horyzoncie już można zobaczyć nową wojnę handlową, przemieszaną z walką o opanowanie pandemii. To naprawdę groźna mieszanka.

I został ostatni czynnik. Odmrażanie kolejnych europejskich gospodarek. Wydaje się jednak, że jest on już coraz bardziej wyeksploatowany. W końcu giełdy od Wielkanocy rosły m.in. z tego powodu.